FANDOM


Stąpam po tym świecie już dwadzieścia lat, chociaż nie planowałam nawet dożyć matury. Wszystkie moje wybory od tamtej pory były przypadkowe. Miałam nadzieję, że wreszcie skończy się moja durnowata egzystencja, że ktoś mnie wreszcie wysłucha… Ale nie.

Odkąd tylko pamiętam, zawsze byłam gorsza. Moja starsza siostra była lepsza ode mnie we wszystkim i rodzice skupiali uwagę na niej. Mną właściwie się nie interesowali. Obchodziło ich tylko to, żebym nie rozrabiała.

Kiedy poszłam do podstawówki, również nie było inaczej. Miałam trudności z nawiązywaniem kontaktów. Zaprzyjaźniłam się tylko z jedną dziewczyną, która zostawiła mnie dla innych przyjaciółek w gimnazjum. Gimnazjum było dla mnie piekłem – byłam wyśmiewana z powodu swojego wyglądu (szczególnym „zainteresowaniem cieszyły” się moje ogromne cycki), a także z powodu mojej mamy, która była nauczycielką w tej szkole i to dość srogą. W liceum także nie było inaczej. Wybierałam je tak, aby nie spotkać się z osobami z dawnej szkoły, ale i tak już pierwszego dnia od nowych osób, których nigdy nie widziałam, usłyszałam jaka to jestem brzydka, gruba i głupia. Opuściłam się w nauce, nie zamierzałam już się uczyć, nie miałam ochoty na nic. Kiedy wracałam ze szkoły, nie wychodziłam z domu, ponieważ nie miałam z kim. Próbowałam popełnić samobójstwo trzy razy.

Zdałam maturę, co dziwnego bez problemów. Poszłam na studia. Przez pierwsze trzy dni byłam obserwatorem. Podpatrzyłam jak ludzie się zachowują i zaczęłam grać taką samą wesołą dziewczynę, która ma swoje ambicje w życiu i wie co tutaj robi. A tak naprawdę nie wiedziałam.

Poznałam wiele ciekawych ludzi. Jeden chłopak chyba nawet mnie podrywał, ale co z tego, skoro swoją szansę przegapiłam? Może i mam obecnie z kim pójść na to przysłowiowe piwo, ale co z tego, skoro w środku nadal jestem tą samą smutną dziewczyną, która szuka tylko okazji, aby zakończyć ten żywot (miesiąc temu próbowałam znowu, ale zostałam zmuszona do zwrócenia wszystkiego co tylko wzięłam)? Co z tego, że parę osób mi mówi, że jestem fajna, skoro większość i tak uważa, że jestem dziwną, spasioną Anką?

W dodatku jestem życiowym nieudacznikiem. Całowałam się dwa razy w życiu, jestem dziewicą, nigdy nie miałam normalnego chłopaka. Kiedy patrzę na swoich znajomych na „fejsie” – niektórzy mają już nawet dzieci. A ja?

Ja nie mam nic.

W dodatku nie radzę sobie w drugim semestrze. Nowe przedmioty mnie przytłaczają. Teraz po raz drugi nie zdałam egzaminu z wykładu i niby mam iść na zaliczenie komisyjne… Sama nie wiem czy jest sens.

Nie mam pasji, nie mam celów, nie mam już nawet jakichkolwiek marzeń. Ludzie obdarli mnie ze wszystkiego. Dlaczego więc Bóg każe mi żyć? Czy jego bawią moje cierpienia…? A może zwyczajnie go nie ma?