FANDOM


Udało mi się dostać na praktyki do jednej z największych i najbardziej prestiżowych agencji reklamowych w Poznaniu. Zupełnie inny świat niż ten, z którego przybyłam. Jestem podekscytowana, nie mogę doczekać się początku sierpnia, właśnie wtedy zaczynam. Zupełnie inny świat od tego, który znam. Zawsze otaczali mnie mało ambitni ludzie, pozbawieni ideologii, przemyśleń, poglądów, filozofii. Ludzie, którzy chcą odwalić obowiązki i iść do domu, włączyć telewizor, otworzyć puszkę piwa. Ludzie, którzy nie myślą o kosmosie, o bytach niematerialnych w znanym nam pojęciu materialności, o ludziach żyjących w Korei Północnej, o szeroko pojętej tragedii, jaką była druga wojna światowa, o tym, dlaczego ludzie na starość kierują się do kościoła, o tym, co do cholery Lynch chciał powiedzieć przez Zagubioną autostradę, jak mogłyby wyglądać podróże w czasie i co stanie się z człowiekiem za milion lat. Zawsze tkwiłam wśród ludzi, którzy zastanawiali się nad kolorem sezonu, co na siebie włożyć, gdzie pójść na imprezę, kiedy będzie wypłata, dlaczego barca przegrała z realem, ile kosztuje tyskie w tesco, co zrobić, żeby się nie narobić. Zawsze czułam się jakaś taka deprecjonowana. Odstawiona na bok. Do kąta. Bo nie myślałam tak jak inni, nie myślałam razem z nimi. Widziałam więcej aspektów, przez to byłam odbierana jako idiotka, która nie rozumie tematu. Byłam karana za to, że myślę poza tym głupim schematem. Byłam uważana za sierotę, ktora beczy z byle powodu. A ja byłam po prostu nadwrażliwa. I szykanowana. Szykanowana za wrażliwość, za inność, za niedopasowanie, za nierozumienie, za posługiwanie się odmiennymi związkami przyczynowo-skutkowymi. Byłam szykanowana za moje wady. Byłam wyśmiewana, bo nie byłam ładna. Bo nie byłam mistrzem ciętej riposty. Bo byłam wstydliwa. Bo miałam gorsze ciuchy. Bo nie miałam hajsu na wszystkie modne bajery. Byłam kozłem ofiarnym, na którym inni wyładowywali swoje negatywne emocje. Nie umiałam z tym walczyć. Po prostu załamywałam ręce, wpadałam w rozpacz. A oni śmiali się jeszcze głośniej. Traktowali mnie jak gorszą od siebie. Mniej fajną. Wpędzili mnie w kompleksy, stany depresyjne i lęki społeczne. Od lat walczę z kompleksem niższości. Nie umiem patrzeć w lustro bez makijażu. Nie umiem patrzeć w lustro nago. Nie umiem wypowiadać się przy grupie liczącej więcej niż dziesięć osób. Stale porównuję się z innymi. Stale czuję się gorsza. Dlatego, że mi to wpoili. Wmówili mi to. Stałam się Holdenem Caulfieldem z Buszującego w zbożu. Panią de Winter z Rebeki. Krystyną z Najgorszego człowieka na świecie. Stałam się nic nie znaczącą kupą lęków i żali. Jestem jedyną osobą, jaką znam, która chce wymazać dzieciństwo z pamięci. Nie znam nikogo, kto płakałby na wspomnienie szkoły podstawowej czy gimnazjum. Nikt się ze mną nie liczył, naprawdę. Dla każdego byłam planem B. Byłam jak dziecko autystyczne. Traktowana jak głupsza, gorsza, mniej warta. Nikt nie przychodził na moje urodziny, nikt nie zapraszał mnie na swoje. Nikt nie nazywał mnie przyjaciółką. Nikt nie chciał ze mną plotkować. Ale wiesz co? Oni tam zostali. Tam, w tej dziurze zabitej dechami. Pracują za ladą, w polu, na budowlance, w marketach. Dodają obciachowe zdjęcia na facebooka. Wegetują sobie w swoich światach, w swoich wsiach. Oglądają mecze, chleją piwsko. Biją się pod drzwiami miejscowej speluny. Ciągle widzą te same twarze, ciągle chodzą w te same miejsca. Każdy ich dzień jest identyczny. I tak do starości. Rozmawiają o piłce nożnej, o innych ludziach. O samochodach. O sprawach niesmacznych. Są niekulturalni. W życiu nie byli w teatrze, a do kina to tylko na szybkich i wściekłych. Jedzą w McDonald’s i nigdy nie ułożyli pasjansa. Drapią się po brzuchach, myją się co drugi dzień, mają brud za paznokciami. Wyzywają innych od pedałów i ciot. Pytają, czy chcesz wpierdol. Wyrzucają śmieci pod nogi. Rozbijają puste butelki po alkoholu na chodniku, na jezdni, na placu zabaw. W sezonie dożynkowym objeżdżają wszystkie wiejskie zabawy. Nie mają gustu, poczucia estetyki. Faceci chodzą w koszulach z krótkim rękawem, a dziewczyny w połyskujących sukienkach z bolerkami. Mają piosenki typu disco ustawione jako tak zwane granie na czekanie. Mają zaniedbane stopy i tłuste włosy. Mówią maksymalnie potocznym językiem, są głośni i nie znają zasad savoir vivre’u. A ja? A ja dostałam się na praktyki do jednej z najbardziej prestiżowych agencji reklamowych w Poznaniu, studiuję świetny kierunek na UAMie. Mam przystojnego, dobrze wychowanego mężczyznę programistę. Chodzę na wykłady otwarte, do opery, czytam dobre książki, wielbię Davida Lyncha i Antonina Dvoraka. Mieszkam w pięknym mieście i każdy dzień jest inny. Chyba to ja wygrałam, prawda? Niestety to nie jest sytuacja z absolutnym zwycięstwem. Z kompleksami i zaburzeniami emocjonalnymi muszę żyć, nie pozbędę się ich. No i kiedy wrócę do tego miejsca na chwilę, na weekend, to w ich oczach i tak jestem gorsza, przegrana.