FANDOM


Marian obudził się wcześnie rano, nim pierwsze promyki słońca zapukały do okien. Tylko neon pobliskiej Biedronki wprowadzał garstkę światła, dzięki czemu odczytał godzinę na cicho tykającym budziku. Była godzina czwarta. Zwykle o tej porze jeszcze głęboko spał, ale wydarzenia z wczorajszego wieczoru nie pozwalały mu spokojnie ponownie zmrużyć oczy. Po omacku odnalazł pod łóżkiem paczkę tytoniu wygrzebując ją z pomiędzy wykrochmalonych własną wydzieliną skarpet. Dumnie zaciągnął się dymem i spokojnie wypuszczając powietrze spojrzał na Justynkę. Jeszcze do wczoraj nietknięta, czysta jak łza teraz leżała obok niego spokojna, miękka i rozgrzana ciepłem jego ciała. Jednak z drugiej strony nurtowała go nieustannie myśl - czy Justynka to dobre imię dla wała z kołdry?

Ale, z trzeciej i czwartej strony, czy trwałość zawiązanego wczoraj związku zależy od imienia? Ważne, że nie był już sam, choć jego szczęście skazało na samotność piwniczne koty, z którymi tak chętnie spędzał do tej pory czas. Zadymienie pomieszczenia stawało się coraz większe, wciskając się w każdy szczelinę dziesięciometrowego pokoju, dając się we znaki pozostałym domownikom. Pierwszy obudził się śpiący za lodówką ojciec. Rzadko zdenerwowany, tak jak rzadko trzeźwy i tym razem grzecznie zwrócił się do jedynaka słowami "Zgaś to sk...nu, bo ci yayca rurką wykręcę". Na te słowa zza pieca wychyliła się pomarszczona twarz babci, która dodała - "Ty nawet starej ku..wy nie uszanujesz! Od dziś koniec z gęsiwem". Nie czekając na lejce kablem od prodiża wymierzanymi przez schizofreniczną matkę, Marian zgasił peta wrzucając go do pudełka po mleku i patrząc w okno obmyśliwał za pomocą szczątkowych neuronów swego mózgu plan. Plan jak na rasowego stooleja niezwykle ambitny i powiedzmy sobie szczerze - nieosiągalny - w jaki sposób wyprowadzić się od mamełe, tatełe i babki, by zamieszkać szczęśliwie z Justynką……


Łoskot opróżnianych pojemników na śmieci obudził ponownie Mariana. Było już południe. Opuchnięte od strug łez oczy długo nie mogły przyzwyczaić się do światła dnia. Resztki ropy zalegające w ich kącikach wydłubał delikatnie palcem wskazującym, tak by nie skaleczyć się przy tym przerośniętymi paznokciami. Dziś nastał pierwszy dzień realizacji wielkiego planu - planu wolności i stania się samodzielnym. Starannie ustawił rower w przedpokoju, załączył dynamo i podłączył je do stojącego w rogu znalezionego na wystawce komputera. Prąd do zasilenia jego musiał wytworzyć siłą własnych, choć wątłych nóg, wypruwając flaki ze swojej zapadłej klatki piersiowej. Kręcąc do utraty tchu pedałami i potrząsając kablem 50 razy na sekundę (*dla dociekliwych: uzyskując w ten sposób prąd zmienny), załączył komputer i zalogował się na stronie intenetowej Biedronki. Dziś pierwszy raz w życiu musiał napisać CV. Sama nazwa "CV" wzbudzała w nim mieszane uczucia. Zdawał jednak sobie sprawę, że napisanie tych kilku zdań stanowić może o jego karierze. Trzymając się kierownicy jedną ręką, a wymachując rytmicznie drugą (tą z kablem) wydziargał na klawiaturze spiczastym nosem kilka zdań o sobie, zostawiając przy tym na ENTERZE ropną wydzielinę z rozgniecionego pryszcza. Niespodziewanie po trzech minutach przyszła (jak później się dowiedział - automatyczna) odpowiedź o treści "zapraszamy na rozmowę w najbliższym oddziale Biedronki". Podbudowany tą szybką reakcją na jego zgłoszenie stanął przed niezwykle trudnym zadaniem. We wszystkich Biedronkach był bowiem "spalony", bo po kilkudziesięciu próbach kradzieży draży kokosowych ochroniarze częstowali go już przy wejściu siarczystym kopniakiem. Dzisiaj więc musiał postąpić sprytnie, co nigdy jeszcze nie zdarzyło się w jego wykonaniu. Nie zważając na przeciwności losu, założył swoje najlepsze spodnie dresowe oraz wyciągnięty sweter z gruszką wykonany na 12 urodziny przez babcie, wyżelował włosy łojem z gęsiwa i pomaszerował na wizję lokalną do pobliskiej Biedronki.

Zaczaił się tuż za parawanem na koszyki i uważnie obserwował wchodzących do sklepu, jak mu się wtedy wydawało - Vipów, czyli tych wybrańców, którzy bez problemu mogą pozwolić sobie na luksusowe towary z Biedronki. Dopiero teraz przyszła mu do głowy diabelsko genialna myśl. Podniósł z chodnika zgniecioną gazetkę "Inspiracje tygodniowe", wyprostował ją starannie na kolanie, nasunął na oczy okulary przeciwsłoneczne i co koń wyskoczy znalazł się przy ochroniarzu stojącym przy wejściu. Nim ochroniarz zdążył skierować wzrok na Mariana, ten zdążył wycedzić: "Czy może mi pan przeczytać, co tu jest napisane?". Zmieszany i zaskoczony tą sytuacją obrońca marketu, w pełnym skupieniu, z kroplami na czole, zaczął usilnie składać litery w słowa, a słowa w zdania. Na to właśnie czekał Marian. Zostawiając biednego ochroniarza sam na sam ze słowem pisanym wśliznął się do sklepu i wbiegł do kantorka kierownika sklepu.

- Czego?! – usłyszał nim zdążył cokolwiek powiedzieć od spoconego grubasa siedzącego za biurkiem. - Ja w spraaawie praaacy - odpowiedział drżącym głosem Marian. - Pracy, pajacu, pracy, koorwa, każdy by ją chciał. A co umie? - Znam się na gotowaniu i zwierzętach - pośpiesznie odpowiedział Marian przypominając sobie doświadczenia przy pichceniu zupek chińskich i wspólne miałczenie godowe z piwnicznymi kotami. - No to się zobaczy, pajacu - odpowiedział grubas drapiąc się przy tym zamaszyście pod spoconą pachą - Zabawimy się - ciągnął dalej - w zgadywanko-roochanko. I nie czekając na odpowiedź Mariana wyciągnął spod biurka kapustę. - Co to jest młodzieńcze? – zapytał z rubasznym uśmieszkiem na twarzy. - Toooo jest, proooszę pana........ biała, okrągła kuleczka- odpowiedział z właściwą sobie fantazją Marian. - A właśnie, że nie! - z wyraźnym zadowoleniem oznajmił grubas i rozpinając zamek w spodniach zbliżył się do Mariana......

Ile rzeczy potrafi znaleźć się pod biurkiem kierownika sklepu Biedronka sam Bóg raczy wiedzieć. Faktem jest, że test, na który mimowolnie zgodził się Marian, przyprawił go o poważne nadwyrężenie części ciała, która odbija się codziennie w tafli wody sedesu. Po trzech godzinach wyszedł z kantorku, idąc okrakiem minął mamrotającego, zaczytanego na pierwszej stronie gazetki ochroniarza i podążył w strugach deszczu przed siebie.

Krowi_Placek