FANDOM



Karierowicz
Tak, tak, stuleje...

Postanowiłem podzielić się z Wami garstką refleksji, a raczej historii z życia codziennego. Otóż: teoretycznie wygrałem życie. Przynajmniej wg naszej, stulejarskiej skali .

Już tłumaczę, o co mi chodzi.

Pracuję w dużej firmie, co prawda nie w stolicy, ale wszelkie korporacyjne zwyczaje są przestrzegane . Niestety, za sukcesami zawodowymi - o ile za takowe można uznać własny boksik na tej jembutnej hali i wynagrodzenie nieco powyżej średniej krajowej - trudno o jakieś większe poczucie życiowej satysfakcji. Ot, jestem biurowym warzywkiem, które po godzinach pracy zamyka się w sobie niczym p.i.z.d.a po wyjęciu bakłażana.

Ale do rzeczy.

Nie wyobrażacie sobie, jak bardzo stulejraskie klimaty mogą panować w szacownej organizacji, która niby to obsługuje kilka rynków, obroty idą w dziesiątki milionów, a kadra menedżerska na wyjazdachfirmowych wciąga suszi z c.i.p.e.k. japonek z zaprzyjaźnionej azjatyckiej dywizji firmy Nie, nie, nie będzie WOK-a, jakkolwiek szef działu marketingu, ze względu na oryginalną fryzurę (zaczes a'la |nie stać mnie na przeszczep|), mógłby do tego miana pretendować

Przykładowo dziś, już koło szóstej po południu, po ciężkim dniu wypełnionym tetrisem i analizą dup kolegów z liceum na facebooku, jakoś się zawiesiłem i wejść mi się zdarzyło do damskiego kibla. Sam nie wiem czemu. Ale mniejsza z tym. Po prostu zmęczenie, połączone z parciem na jelito grube

Byście skumali resztę historii, musicie wiedzieć, że mamy Heńka, informatyka (tak, wiem, dziś nie daje się dzieciom na imię Henryk... ale jego rodzice mieli chyba podobny poziom alko we krwi w momencie poczęcia, co w momencie chrztu... i Heniek nie tylko ma niewyjściowe imię, ale sam jest kwintesencją niewyjściowości...). Tenże Heniek jest czymś w rodzaju dobrego ducha firmy - jest pocieszny (mało kto potrafi na cotygodniowym briefeingu zapytać prezesa o menu na stołówce), bezpośredni, ale przede wszytskim - wyjątkowo z.j.e.b.a.n.y. Przykładowo, jest znany z tego, że jak wchodzi do kibla, wszyscy planujący wycieczkę do tejże świątynii dumania, z gracją nigeryjskiego sprintera wracają w bloki startowe .

Ponieważ Heniek, wśród całej gamy swoich wad, ma jedną, którą nazywamy 'muzyczną'. Otóż ze względu na trudności gastryczne jego końcowy odcinek jelita potrafi wydawać dźwięki nie mniej płynne niż trąbka Milesa Davisa w +A Kind Of Blue+ .

Więc grzeję deskę w tymże damskim (o czym jeszcze nie wiem) kibelku, skupienie moje przekroczyło już poziomy ultra-mantry buddyjskiego mnicha, a tu słyszę dziwne dźwięki z kabiny obok. Zupełnie, jakby Kurt Cobain zmartwychwstał i próbował kiszką wygrywać pierwsze nutki +Smells Like Teen Spirit+. Poczułem się niczym finalista +Jaka to melodia+ i wykrzyknąłem na cały głos: +Heniek, kurna, a Marsyliankę dasz radę wypiardzieć?+

Po czym z tejże samej kabiny usłyszałem cichutkie 'Eeeee... Maciej?!'... Wierzcie, zabrzmiało to niczym pani Lodzia z szóstej klasy podstawówki, po tym, jak przyłapała mnie na waleniu pod podręcznik do biologii . Niestety, głos ów był głosem Matyldy P., dyrektor działu zasobów ludzkich Nie wiedząc co zrobić, chrząknąłem i przez zaciśnięte gardło, chcąc zachować resztki godności, wybełkotałem '...a to nie męski?' po czym nawet nie wycierając d.u.p.y. wybiegłem na korytarz... spakowałem kompa... i drżac dotarłem do domu...

kurna... jutro mam z nią ocenę roczną