FANDOM




Witam was. Od razu uprzedzam - WOKa nie będzie. Mam 22 lata, na forume gniję od 2005 roku (do 2007 okazjonalnie, później już w coraz większym wymiarze godzinowym), moje życie jest przegrane od kiedy pamiętam. Żyję a raczej wegetuję sobie w domku z mame, tate i rodzeństwem w pewnym mieście, ani małym ani dużym. Nie pracuję, edukację zakończyłem na LO+matura, nie miałem nigdy dziewczyny, znajomych zero. Od kiedy pamiętam jakiekolwiek kontakty międzyludzkie, jakie udawało mi się nawiązywać opierały się na tyraniu mojej skromnej i co chwilę wystawionej na ataki osoby. Jedyna osoba do której mogłem się normalnie odezwać to zawsze była i jest mamełe. Z powodu predyspozycji psychicznych i ciężkich przeżyć od 3 lat całym moim światem jest mój mały pokój, z którego wychodzę raz na dwa tygodnie jadąc z mamełe na niedzielne zakupy (oczywiście samochodem). Zacznijmy może od szkoły. Od pierwszej klasy odstawałem od innych. Kiedy ulubionym zajęciem dzieciaków z przeważnie patologicznych rodzin było szturchanie, bicie i wyzywanie się nawzajem, żeby pokazać kto jest w stadzie motzniejszy - ja przestraszony stałem i podpierałem ścianę. O ile pierwsze 3 klasy podstawówki jakoś udało mi się przezimować, to dalej było już tylko gorzej. Słabo w ogóle pamiętam tamten okres, nie układało się też wtedy zbytnio w chacie, więc starałem się zapomnieć. Od 4 klasy zaczęło się to, co w dużej części rzutuje na mój obecny stan psychiczny. Trafiłem do klasy z bachorami z jeszcze większej patologii niż wcześniej (wymieszali klasy,chuuj wie po co) i na porządku dziennym stało się regularne popychanie, wyzwiska, szantaże pieniężne (!!!) itp. Później gimbaza, oczywiście mame nic nie wiedziała, więc poszedłem do gimbazy w tym samym ZS. Resztę powinniście sobie dopowiedzieć, ale w skrócie postaram się wam to przybliżyć. Na każdym WF, którego unikałem jak ognia ze względu na fatalną sprawność fizyczną (mimo normalnej postury) mój plecak był wrzucany do muszli klozetowej, nierzadko razem z ubraniami (resztę sobie dopowiedzcie). Były wyzwiska, popychanie, nierzadko płacz, pierwszą próbę samobójczą przeszedłem w wieku 15 lat-nie wytrzymałem i nałykałem się jakiegoś goowna z apteczki babełe, która bierze od lat leki nasenne - niestety pomyliłem tabletki i wziąłem jakiś syf na wzmocnienie kości, a więc nic mi się nie stało Nawet zayebać się nie umiem Na przerwach też nie było różowo, bogatsi gówniarze mieli już telefony z aparatami, więc nierzadko dzieciaki z IV-V klasy podstawówki mając niebywałą radochę z tyrania starszego, oczywiście będąc pod ochroną moich *kolegów* pstrykały mi zdjęcia, kiedy byłem np umazany błotem i otrzymywałem kopniaki, przed którymi nie mogłem się obronić. To oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej, resztę dodajcie sobie sami. Później była szkoła średnia - liceum. Wydawałoby się - witaj cywilizacjo. Nie do końca. Ordynarne zaczepki,bicie i rzucanie resztkami śniadania ustąpiło miejsca ironicznym uwagom na lekcjach (z których większość nauczycieli śmiała się do rozpuku ),dziwnym uśmieszkom i szepcikom ze strony loszek DZIWNIE patrzących się na mnie,internetowym fotomontażom z moim zdjęciem i groźbom. Na domiar złego trafiłem do klasy z jedną wulgarną lochą z wcześniejszej klasy i dwoma klasowymi gangsta. Reszty domyślcie się sami. Moje relacje z ludźmi już wtedy były w gruzach. Jednak obowiązki wzywały, więc musiałem ruszyć duupę co jakiś czas z domu i wyjść do ludzi - co było dla mnie męką. Aż do matury mijając jakichkolwiek rozmawiających ze sobą ludzi miałem wrażenie,że śmieją się ze mnie. Oszaleć można było. W końcu zdałem maturę (byle jak, ale zdałem), więc tate i mame wzięli mnie na naradę - czy chcę iść na studia czy od razu do pracy. Wiedziałem, że zawsze chcieli, żebym był inteligentem (brat to dobry sportowiec, siostra ma zdolności powiedzmy artystyczne - no to do kompletu brakowało naukowca ) no to powiedziałem im, że chcę na studia. Stwierdziłem - może trafię do grupy z normalnymi ludźmi, może nawet z takimi jak ja, pewnie w głowie im będzie nauka a nie gnębienie słabszych. Złożyłem papiery na dwa kierunki, o których nie miałem żadnego pojęcia, przyjęli mnie na oba i...po wakacjach w całości spędzonych na F23 i stronach pornograficznych nie odwiedziłem ani razu uczelni. Resztę sobie... wiadomo Skoro nie poszedłem na studia, tate pełnym stanowczości głosem powiedział, że muszę iść do pracy. Już wtedy z pokoju wychodziłem tylko na kibelek, obiad i żeby się umyć. Zacząłem szukać pracy, a raczej tate zaczął. Znalazł mi po znajomości pracę w biurze, na 3/4 etatu jako przynieś-podaj. Wytrzymałem 3 dni stłoczony w biurze z 5 innymi osobami, czując ich wzrok na sobie. Trzeciego dnia z nerwów dostałem rozwolnienia, ubrudziłem gatki, kibel, a do chaty zawinąłem się po 2 godzinach. Następnego dnia przyjechałem tylko złożyć wypowiedzenie... Co zaś robiłem później? Od tamtej pory mój dzień wygląda tak: wstaję o 12, myję się (zwykle tate i mame są w pracy, a brate i siostre w szkołach), siadam przed komputerem, f23, czytam, czasem się podszyję w jakże wyrafinowanym stylu (sram mordą itd.), o 15 każdego dnia wyznaczam sobie godzinę na targanie bagiety przy pornolach, czasami bardzo dziwnych (ale bez zwierząt i takich tam), później obiadek, później znowu efe, czasem jakiś film w TV (oczywiście telewizor mam w pokoju), później o 23 znowu bagieta i do ok. 2-3 na efe. Nie wychodzę z domu oprócz wspomnianych wyjść z mamełe na zakupy co 2 tygodnie w niedzielę. Obiady jem w pokoju, do mame, tate i rodzeństwa prawie się nie odzywam, oni do mnie też nie. Widzę za to ich pełen pogardy mieszanej z litością wzrok. Bywa, że nie myję się przez tydzień - boję się zajmować łazienkę, nie lubię też napotykać nikogo na drodze do kuchni czy łazienki. Kiedyś przemogłem się, bo musiałem wyjść w bardzo ważnej sprawie (kupić kilka rzeczy dla tate) i wróciłem w podskokach, kiedy grupka gimnazjalistów z nudów obśmiała mnie w autobusie Nie napisałem jeszcze o innych próbach samobójczych (równie nieudanych) oraz o pewnej znajomości internetowej. O tym w następnym odcinku. Pytanie do was: czy takie życie jest cokolwiek warte? Czy to jeszcze życie, czy już wegetacja. Pozdrawiam. Hikikomori, tłumacząc z japońskiego istota odosobniona, tłumacząc z polskiego - żywe gówno.