FANDOM


Słowem wstępu - gimgówna proszone są o wypier/dalanie w podskokach
Zapraszam na drugą część mojego nudnego przegrywu. Dziś o próbach samobójczych.
Jak już pisałem wcześniej mam za sobą kilka prób samobójczych, dokładniej 3. Właściwie to chuuj wie, czy chciałem się rzeczywiście zabić czy tylko zwrócić uwagę otoczenia na moją żałosną osobę.
Pierwsza próba - jeszcze w gimgównazjum. Pisałem już o tym, ale napiszę jeszcze raz. Po kolejnym dniu szkolnego tyrania ze szczególnym nasileniem i z WF-em w tle postanowiłem, że ponieważ i tak już nie mam szans na normalne życie to po chooy je dalej ciągnąć. Wiedziałem, że babełe bierze leki nasenne, od kiedy właściwie pamiętam. Stwierdziłem, że podkradnięcie jej blistra tabsów i zażycie wszystkich naraz to doskonały, bezbolesny sposób na zejście. Postanowiłem odwiedzić babełe i wymyśliłem, że kiedy będzie swoim starym zwyczajem parzyła mi herbatkę i wysypywała ciasteczka na talerz ja zakradnę się do jej apteczki i podpierrdolę co trzeba. Z sercem napierrdalającym jak buty kolegów na moim ryju zakradłem się do apteczki i chociaż z nerwów moje zwieracze zaczęły się zastanawiać nad uwolnieniem stoltza, niestrudzenie szukałem specyfików. Chyba jednak babełe wtedy odstawiła to badziewie na jakiś czas, bo nie znalazłem żadnych leków nasennych. To znaczy myślałem że znalazłem . Wziąłem dwa listki (babełe ZAWSZE trzymała listki i opakowania oddzielnie, listki podpisywała pisakiem, zawsze tak robiła) różnych specyfików, stwierdziłem, że jak połączę nasenne z nasercowymi to śmierć będzie pewniejsza i po miłej wizycie u babełe, której zwyczajowo naściemniałem, że w szkole wszystko super, same czwórki i piątki, a koledzy i koleżanki mnie lubią poszedłem do domu, gdzie zaszyłem się w pokoju. Posprzątałem, a później umyłem się i przystąpiłem do ceremonii. Nałykałem się wpierw tabletek z pierwszego blistra, popiłem, odczekałem i nałykałem się drugiego leku. Czekając ze łzami w oczach na tę chwilę nagle poczułem, że moje goowno wydaje się wręcz krzyczeć o wolność . Pomyślałem sobie: nie kurrwa,błagam,nie w takiej chwili! Po chwili z mojej doopy popłynęła strużka a ja znalazłem się zamiast w kostnicy - na kiblu, gdzie spędziłem ponad godzinę. Następnego dnia zawiedziony efektami postanowiłem zgłębić tajemnicę zażytych leków u szkolnej piguły. Pokazałem jej listki na których widać było nazwy i powiedziałem, że znalazłem i jestem ciekaw co to za leki były. Okazało się, że to były leki na wzmocnienie kości i przeczyszczające
Druga próba - II klasa liceum. Tyrańsko rozkręciło się już na dobre, pomiatał mną każdy kto miał tylko ochotę. Po 9 koszmarnych latach podstawówki i gimnazjum to był dla mnie cios, który myślałem, że powinien zakończyć moją egzystencję. Pamiętając wtopę z tabsami stwierdziłem, że tym razem muszę zdecydować się na coś pewnego. Za najlepszą metodę uznałem skok z 4 piętra w bloku. Wybrałem blok, w którym mieszkała pewna wyjątkowo cwana i niemiła locha z mojej klasy, w której pomimo jej antypatii trochę się podkochiwałem i była nie raz główną bohaterką moich erotycznych fantazji . Wszedłem podstępem wywołując w domofonie jakiegoś dziadka, któremu powiedziałem, że roznoszę ulotki, wdrapałem się na parapet okna w korytarzu, usiadłem z jedną nogą na zewnątrz i czekałem aż locha pojawi się na korytarzu lub na zewnątrz, gdzie będę mógł ją zawołać. Pech chciał, że mieszkała w mieszkaniu do którego drzwi były kilka metrów od tego okna. Wyszła wyrzucić śmieci, kiedy ja ze łzami w oczach zastanawiałem się jak będzie wyglądała moja śmierć, czy umrę od razu w wyniku urazu czaszkowo-mózgowego, czy będę zdychał długo i boleśnie w obskurnym szpitalu. Kiedy mnie zobaczyła, wyraz jej twarzy stanowił mieszankę pogardy, zdziwienia i zaskoczenia Ja wtedy ledwo wydukałem, że chcę się zabić, że nie mogę znieść tych szykan, że pierrdolę ich, a w domu na biurku leży koperta z listem pożegnalnym, gdzie wskazuję winnych mojego samobójstwa, każdego z imienia i nazwiska. Locha chyba trochę się wystraszyła, że politzja ją na jakieś spytki będzie wzywać i zaczęła mnie uspokajać, mówić, że ona już przestanie mnie dręczyć i dopilnuje, żeby inni tego nie robili (a bywała prowodyrką ). Miałem ochotę jej wywrzeszczeć, że jest kuurwą, napluć na mordę i skoczyć ale z nerwów puściłem jedynie słyszalnego bąka, wróciłem na korytarz i błyskawicznie zbiegłem na parter...Oczywiście locha obietnicy nie dotrzymała, tyrany byłem od tamtej pory w dwójnasób, na co wpływ miał oczywiście niekontrolowany psikus sprawiony mi w tamtej chwili przez końcówkę układu pokarmowego...
Próba trzecia - około 2 lata temu. Wtedy jeszcze chciałem wyjść na zewnątrz, nawiązać jakieś znajomości, chociażby nawet z takimi jak ja. Kiedy przez trzy miesiące ani razu nie wyszedłem z domu zacząłem totalnie świrować, rozpierrdalałem drobne domowe sprzęty, po każdej sesji rzucania szklankami, talerzami (które mame odkupiła bez większych obiekcji, nie chciała mnie dobijać ) i książkami kładłem się spać i wstawałem po 12-13 godzinach. Kiedy nie było juz czego rozpierrdalać, bo podczas mojego snu mame pochowała wszystkie szklane naczynia w szafce na kluczyk całą agresję ukierunkowałem na siebie. Panicznie bałem się wyjść samemu na zewnątrz, żeby skoczyć z mostu albo rzucić się pod pociąg więc rozpaczliwie zacząłem szukać ostrego przedmiotu, żeby się pociąć. Znalazłem kawałek potłuczonego szkła. Przyłożyłem go sobie do ręki i...zrzygałem się i zesrałem jak tylko poczułem kawałek szkła na skórze Tym razem nie obyło się bez zjeebów od mame za ujeebany dywan i całkiem nowe spodnie...

Jak widzicie, nawet zayebać się nie umiem. To tylko jeden z powodów, dla których nie patrzę w lustro.
Chciałem napisać jeszcze o pewnej internetowej znajomości, ale stwierdziłem, że byłoby za długie. O znajomości - za kilka dni, na pewno powiadomię Was przed czasem

PS WOK-a nie ma i nie będzie
P.PS jem każde gówno, jakie dostanę na talerzu